Zwyczajne podróże Piotra Rzoka
Dodatkowy tekst

,,LIFE IS A LOG DISCOVERY...'' - W tym blogu wspominam wyjazdy, które nabrały już samku i pewnej dojrzałości, natomiast na moim profiilu portalu spolecznościowego www.NK.pl staram się opowiedzieć o tych podróżach całkiem niedawnych. Pozdrawiam i zapraszam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami.



Piotr - e-mail: rzok.piotr@interia.eu
             + 48 608 640 701


Księga gości
 
ZAPRASZAM DO PODRÓŻY
Część 3 teo przeprowadza kategoryzację autokaru środa, 16 maj 2012, 08:01
Gdy się nieco zaaklimatyzowaliśmy, zorientowaliśmy się, że One i Oni z Wrocławia znakomicie się znają. A jak mają się nie znać ludzie, którzy przez cały rok ze sobą pracują. Oto dokoptowani zostaliśmy do wycieczki zakładowej. Bywa i tak, ale żeby w dzisiejszych czasach.

Ruszyliśmy ku czeskiej granicy. Ale nie mogliśmy ot tak delektować się smakiem umykających śląskich krajobrazów. Teo kazał się nam zastanawiać nad kategorią autobusu, którym jechaliśmy.

Z pewnością był to autobus turystyczny – ogrzewanie, oświetlenie i wentylację miał. Tylko, który autobus tego nie ma.

Można by powiedzieć, że jest to pojazd klasy Standard gdyż miał miejsce do przechowywania bagażu, ale przyciemnionych szyb już nie miał. Zamiast nich – miał całkiem gustowne firaneczki.

Z pewnością mógłby to być autokar Comfort Class – klimę miał, choć na razie nie była potrzebna. Kibelek z umywalką też miał – co jest niezmiernie istotne gdy autobus taki staje się twym drugim domem. I podwójne szyby też miał... nie zachodzące parą wodną i brudnymi zaciekami – co mogło oznaczać jedno – szyby nie były rozhermetyzowane. I co najważniejsze – oparcia siedzeń były regulowane – niezwykle istotny element przy nocnych przejazdach.

Trochę brakowało mu do First Class, nie mówiąc już o Luxus Class.

Co jest niezwykle istotne przy kategoryzacji? Odległość pomiędzy siedzeniami. Biorąc pod uwagę wcześniejsze elementy – to nasz pojazd mieścił się w Comfort Class mimo, że nie miał przyciemnianych szyb. Ale gdy Profesor wyjął metr stolarski zatkało nie tylko nas, ale i parę osób z Wrocławia. Zaległa cisza. Teo wyliczył, że mieścimy się w klasie turystycznej – bo zamiast zalecanych 77 centymetrów, odległość między fotelami skurczyła się do 68. Niebywałe, a jednak prawdziwe. Polska to jest dziwna kraj – już dawno temu zauważył popularny niegdyś telewizyjny Zulu Gula.

Nawet nie spostrzegliśmy kiedy przekroczyliśmy granicę, tak zajęci byliśmy dyskusją na temat autokarów. To znaczy ja wyłączyłem się z dyskusji.
Część 2 Lekkie opóźnienie na start wtorek, 15 maj 2012, 11:33
Naszą podróż rozpoczęliśmy nieopodal dosyć ładnego miejsca. Plac Andrzeja w Katowicach, niegdyś Plac 22 Lipca, a jeszcze wcześniej Andreasplatz. Staliśmy nieopodal fontanny, która od 2005 roku nosi urocze imię Jędruś. Ciekawe czy ta nazwa się zakorzeniła w mentalności mieszkańców.

Przybyliśmy na miejsce zbiórki punktualnie. Profesor Teo z Chorzowa, Czarna Ozi i Sama Megi z Chorzowa oraz ja z Wojtasem z Zabrza.

O 15-tej miał nadjechać autokar, który powinien nas powieźć dalej na południe. Humory mieliśmy przednie, bo któż wyjeżdżający na wakacje takich humorów nie ma. Ale czasem dzieje się coś co każe dobrym humorom przejść w stan złego humoru. Mimo, że pogoda wyśmienicie nastrajała do podróży, to tak dobrze nie nastrajało samo czekanie. Mijały – jeden kwadrans akademicki, drugi, trzeci i kolejny. Zaczęliśmy podejrzliwie łypać na Teo, czy znów czegoś nie zawalił. Przekonywał, że nie. Według Profesora wszystko było w porządku. Jeśli specjalista w zakresie turystyki twierdził, że wszystko jest OK., to pozostało się nam z tym faktem zgodzić. Wreszcie po kilkudziesięciu minutach spóźnienia nadjechał autokar. Skąd te opóźnienie? Z trasy. Autobus nadjechał z Wrocławia, a na trasie, zwłaszcza polskiej trasie nie wszystko przebiega tak jak przebiegać powinno. Wtarabaniliśmy się z bagażami do środka. To znaczy bagaże do luku bagażowego, a my na ostatnie miejsca, gdzieś na tyłach pojazdu. Bo tylko takie miejsca czekały na nas.

Czy były to najlepsze miejsca? Nie koniecznie. Ale są gorsze. Czy ci co się usadowili naprzeciw drzwi do toalety dokonali lepszego wyboru? Jeśli mają problem z pęcherzem, lub cierpią na colitis ulcerosa – to wybór miejsca jest jak najbardziej trafiony.

Część 1 W chwilę przed chorwckim wspomnieniem poniedziałek, 14 maj 2012, 08:26
Jeśli miałbym się trzymać pewnej chronologii, powinienem Cię teraz zabrać w podróż w regiony i czas gdy silne wiatry znad Morza Północnego przynoszą chłodne podmuchy i czarne chmury z których rzęsiście leje się deszcz. Bo w tej podróży nadchodziła jesień....? Co ja piszę – jesień powoli zamieniała się w zimę, ale zimę w której temperatury nieczęsto spadały poniżej zera, a tym samym nieczęsto można spotkać tam śnieg. Tak miałem Cię zabrać w podróż nieodległą bo w północno-zachodnie rejony Niemiec.

Ale jakoś tak głupio pisać mi o smutku późnej jesieni gdy za oknem świeci słońce – raz gorące, raz chłodniejsze, ale jednak słońce. Co prawda deszcze też padają i to też nierzadko, ale przynajmniej nie mrożą krwi w żyłach. Z tego urokliwego polskiego lata pragnę jeszcze raz odbyć podróż, tym razem i z Tobą, gdzie pogoda jest gwarantowana – tak przynajmniej piszą wszystkie przewodniki i przekonują wszelkiej maści portale i foldery turystyczne.

Była to w pewnym sensie podróż niezwykła – bogata w nowe doświadczenia – zmuszająca nie tylko do odpoczynku, ale i do myślenia. Bo gdy na urlop jedzie się ze swoim profesorem i to specjalistą z zakresu organizacji turystyki – to nie może być inaczej. A do tego gdy się samemu jest słuchaczem (z myślą o tych którzy dosyć biernie podchodzą do zdobywania wiedzy), albo studentem (z myślą o tych którzy wkładają nieco wysiłku by tą wiedzę zdobyć, a nawet skonfrontować ze swoim guru) to raczej nie można było całkiem olewacko podchodzić do wyjazdu.

Bowiem powoli przekształcałem się z turysty amatora w turystę zawodowca. Na szczęście nie byłem w tym przepoczwarzaniu się osamotniony. W tej podróży będącej życiową sielanką, a niekiedy epickim dramatem towarzyszyło mi jeszcze kilka osób... na szczęście.
Sama Megi – jak sama nazwa wskazuje osoba niezwykle samodzielna, mało podatna na wpływy otoczenia. I ona chyba najmniej przejmowała się stroną dydaktyczną tego wyjazdu.

Czarna Ozi – sympatyczna, ale niezbyt rozgarnięta dziewczyna, którą czasami można przyrównać do Very, która była jedną z osób podróżujących zemną do Mediolanu.

Wojtas – którego przedstawiać nie będę, bo i w trakcie tej opowieści, którą ciągnę blisko dwa lata, postacią pierwszoplanową stawał się niejednokrotnie.

Profesor Teo – naturszczyk w sposobie bycie, próbujący zrozumieć dlaczego inni nie myślą tak jak on i nie przyjmujący tego faktu do wiadomości.

Bez nich ta podróż byłaby smutna. I wszystkie te osoby miały stać się turystami ,,dyplomowanymi’’.

Było jeszcze tło – Oni i One z Wrocławia.
odcinek 142 Czas pomiędzy kolejnymi wyjazdami niedziela, 13 maj 2012, 17:17
Nadeszły wakacje. Kiedy inni podróżowali, poznawali nowe miejsca lub byczyli się nad większą lub mniejszą wodą. Ja pracowałem. Ratowałem ludzi z różnych opresji. Ta praca była moim podstawowym źródłem utrzymania, a w dni wolne brałem sprzęt i stawałem w podcieniach katowickiego ,,Domu Prasy’’. I tak pracowałem przez kolejne miesiące mierząc ludziom ciśnienie tętnicze krwi i rozdawałem swoje wiersze:



,, W nietypowy sposób mogą obcować z poezją katowiczanie w Rynku, naprzeciwko SKARBKA. Od rana do wieczora swoje wiersze rozdaje tu... pielęgniarz. (...) Pielęgniarz czuje się artystą. Na swoich ulotkach z jednej strony ma normy ciśnienia tętniczego, z drugiej – wierszyk. Poeta twierdzi, że ma stałych czytelników. (...) Poezja katowiczanina jest unikatowa. Autor nie drukuje swoich utworów i wcale nie wynika to z jego dumy artystycznej (...) Krótkie wiersze dotyczą głównie tego co dzieje wokół ulicznego twórcy. Pisze o swoich spostrzeżeniach z rzeczywistości. O rynku w Katowicach lub spotkanych tu ankieterach. Sporo miejsca pielęgniarz poświęca miłości i cierpieniu. W stosiku karteluszków na jego stole znajdziemy m.in. wiersz o kobieciarzu, pożądaniu czy o uzdrowicielkach dusz ludzkich. Ten ostatni poemacik poświęcił koleżankom ze studiów. Pan Piotr dba o kolportaż. Nigdy nie zabrakło mu arkusików z własną poezją. W ciągu trzech ostatnich miesięcy kilka tysięcy tych form literackich trafiło do rąk zainteresowanych.’’ – tak pisała o mnie jedna z lokalnych gazet.

By tworzyć swoje wiersze. Potrzebna jest wena, by je jednak kolportować konieczna jest pomoc osób trzecich. Faktycznie ponosiłem pewne koszty druku, a w zasadzie koszty tonera w kserokopiarce. W pewnym sensie wrosłem w ten krajobraz katowickiego rynku i myślałem, że tak już pozostanie. Podróżowanie, rozmowy z ludźmi na katowickich ulicach, przywracanie życia i zdrowia tym którzy z własnej lub też bez własnej winy podupadali na zdrowiu. Tak wyglądało moje życie między podróżami... do czasu.
Odcinek 141 Powrót do rzeczywistości sobota, 12 maj 2012, 15:40
Sam byłem ciekawy tej wieczornej procesji ze świecami, choć nie tak uduchowiony jak pozostali pielgrzymi. Ale... musiałem wsiadać do autobusu jak pozostałe osoby, sadowić się w fotelu i oczekiwać na długą podróż do domu.



I choć słońce jeszcze nie schowało swego lica za górami, to księżyc już blado uśmiechał się z błękitnego nieba. Ruszyliśmy w kierunku Wiednia.

Po chwili zorientowałem się w braku. I nie brakowało Pani Brygidki obok mnie, ani żadnego innego pasażera. Brakowało mojego sławetnego kapelusza. Poczułem gwałtowne uderzenie gorąca. Zgubiłem coś materialnie bezwartościowego, bo czy rzecz warta 30 złotych jest jakoś szczególnie wartościowa? Ale ta wartość mentalna. Oto brakowało mi rzeczy, którą topiłem w Morzu Jońskim, gubiłem na stokach Wezuwiusza, przysiadałem przy różnych okazjach.

Szukałem w pamięci tego miejsca gdzie pozostał. Pozostał w kościele pielgrzymkowym Mariazell.

Następna rzecz która mnie dotknęła to wzburzenie. Przecież w tej kościelnej ławie nie siedziałem sam. Były przy mnie inne uczestniczki pielgrzymki, które musiały zauważyć ten słomkowy kapelusz leżący na ławie.

Zwróciłem się do nich pełen pretensji – dlaczego widząc nie zwróciły mojej uwagi na rzecz niewiele wartą dla kogokolwiek, a dla mnie bezcenną.

One nie rozumiały moich pretensji:

- Myślałyśmy, że Pan chce ten kapelusz tan zostawić

Wobec takiej argumentacji pozostawałem bezsilny. Nawet przez chwilę zastanawiałem się nad sprawnością swojego umysłu. Albo ja, albo one....

W jakieś takiej żałobie pędziłem autostradą w kierunku granicy czeskiej. Nie zauważyłem momentu kiedy dzień zamienił się w noc. Mknąłem w kierunku granicy polskiej i zauważyłem rodzący się dzień. Blada poświata na wschodzie przerwana cienką pomarańczową linią zapowiadała budzący się brzask. A snujące się mgły wśród pól zapowiadały nowe wrażenia. Wczesnym rankiem skończyliśmy podróż przed kościołem. Niektórzy zaraz podreptali na mszę, a ja w kierunku domu.

Spać – takie małe pragnienie, a jakże wielkie w niektórych sytuacjach.
Odcinek 140 Julius Meinl piątek, 11 maj 2012, 18:38
Zamiast procesji pozostało zrobić coś, co spowoduje, że życie stanie się słodsze i przyjemniejsze.

Jedni poszli na kawę osłodzoną kawałkiem ciasta lub tortu, inni postanowili wydać ostatnie pieniądze w inny sposób. Tym sposobem była wizyta w hipermarkecie. To co tak potępiałem u innych, gdy staliśmy nad brzegiem Königsee, stało się moim credo życiowym na najbliższe pół godziny. Wszedłem na teren marketu Julius Meinl. I co najlepiej kupić w takim miejscu? Oczywiście kawę. Bo to dzięki kawie w 1862 roku zasłynęła ta firma. Kupiłem kawę w specjalnej czerwonej puszce. Dziś tylko ona pozostała ze wspaniałego aromatycznego produktu. I stoi na kuchennej półce ozdobiona ,,Małym Murzynkiem’’ w czerwonym fezie – symbolem firmy od 1924 roku.

Przez lata przedsiębiorstwo rozbudowywało się – tworzyło sieć marketów stawiając swoje placówki w Austrii, Czechach i w południowej Polsce. A dziś wycofuje się z handlu produktami różnej maści, pozostając wierna paleniu i konfekcjonowaniu kawy i tworzeniu sieci kawiarni. Nie ujrzymy za chwilę ani jednego sklepu opatrzonego tą nazwą. Na przykład w Polsce wszystkie dziewięć placówek przyjęła firma Tesco. Czyżby przykład globalizacji i unifikacji wszystkiego? Czyżby w Europie nie było już miejsca na indywidualność i regionalność? Śmiałbym się pokusić o stwierdzenie, że otwarcie granic austriackich w 1996 roku doprowadziło do zaniku tej marki w handlu spożywczym.

Choć szkoda.

Wracałem z moimi kawowymi zakupami na parking, pełny smutku wewnętrznego mimo pełnego słońca, mimo rozkwitającej zieleni. A wszystko to przez jednego ,,buraka- kierowcę’’ pozbawionego szacunku dla ludzi którym powinien służyć.
Odcinek 139 Milczące świece czwartek, 10 maj 2012, 15:39
Mariazell jest też miejscem szczególnym gdzie swe kroki stawiali Karol Wojtyła oraz Joseph Razinger.



Tutaj doszło też do ciekawej inicjatywy społeczności katolickiej. W jednej z kaplic kościoła, w dziesiątą rocznicę zakończenia okupacji Austrii przez Związek Radziecki, ustawiono dziesięć świec mających symbolizować kraje zniewolone przez reżim sowiecki. Miano je zapalić wówczas gdy ostatni kraj zostanie wyzwolony spod jarzma komunistycznego. Modlili się o to dzieli wierni przez 35 lat. Czyżby w tym względzie również pomogła modlitwa do cudownej figury? Prawdą jest, że w maju 1990 roku świece te zapalono, co mogło oznaczać tylko jedno – kajdany reżimu zostały zrzucone. Faktycznie. Mamy wolny rynek, jeśli czujemy się na siłach możemy jechać gdzie chcemy za pracą, a gdy mamy pieniądze - rozwijać swe pasje poznawcze. Z drugiej strony niewidoczne łańcuchy tego jarzma wciąż są. Bo jakże inaczej nazwać sterowaną politykę energetyczną... sterowaną ze wschodu. Tak sobie rozmyślałem.

Z Doktorostwem i innymi pielgrzymami, spacerując, oglądałem to miejsce ważne pod względem kulturowym i historycznym. Czekaliśmy na wydarzenie, do którego dochodzi w każdą sobotę – procesję ze świecami. To nam obiecywał przewodnik oraz ksiądz. Niektórzy mieli swoje świece, inni zakupili je na pobliskich straganach. Był to zakup niepotrzebny, bowiem to co obiecał ksiądz nie było uzgodnione z kierowcą. Ten miał zupełnie inne plany – jak najszybciej wrócić do Polski, by po paru godzinach wyjechać w kolejną trasę. Nie rozumieliśmy go. Oburzenie sięgało zenitu. Dla wielu właśnie ta wieczorna procesja z zapalonymi świecami miała być ukoronowaniem tego wyjazdu. Wobec argumentu powożącego górala:

- Czyja bryka, tego racje – byliśmy bezsilni
Odcinek 138 Mariazell dla zwyklego turysty środa, 09 maj 2012, 11:50
Poszedłem z Doktorostwem na niewielki spacer. Między kaplicami maryjnymi piąłem się w górę. Po jakimś czasie całe miasteczko wraz ze świątynią malowniczo rozkładało się poniżej.

Miałem ochotę poznać choć jedną atrakcję miasta niezwiązaną z pątnictwem.

Chciałem, ale nie miałem możliwości.

Przepłynięcie się kajakiem po rzece Salza, wjechanie kolejką na Bürgeralpe, czy też zabytkowym tramwajem nad jezioro Eraluf. To tylko niektóre możliwości stojące przed turystami odwiedzających ten region. Gdy ktoś przyjedzie tutaj zimą może skorzystać z 70 kilometrów narciarskich tras biegowych. Na najmłodszych podwoje swe otworzyło ,,Miasto Drwali’’ gdzie dzieciaki mogą poznać charakter tej ciężkiej pracy. Drwale odegrali w Mariazell niebagatelną rolę. Bowiem to oni wybudowali pierwszą drewnianą kaplicą, a w zasadzie celę, dla lipowego wizerunku Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Celę tą nakazał wybudować Magnus – mnich benedyktyński, w 1157 roku w podzięce za uratowanie życia. A miał za co dziękować. Uciekał z tym wizerunkiem przed atakującymi go zbójcami, gdy nagle drogę zatarasowała mu skała. Zaczął się modlić do Najświętszej Panienki. Skała pękła i umożliwiła ucieczkę. Drwale wybudowali celę dla Maryi - stąd i nazwa miejscowości.

A dziś proponuje się utworzenie się szlaku pątniczego z Częstochowy do Mariazell o długości blisko 350 kilometrów na pokonanie którego przewiduje się około 3 tygodni. Patronuje temu przedsięwzięciu sam kardynał Dziwisz. A szlak ten łączący dwa znaczące wizerunki Maryi ma być dobrym produktem turystycznym. A jak dobrym, czyli przynoszącym zysk wszystkim tym co gwarantują transport, bazę noclegową, wyżywienie i usługi przewodnickie – a tym samym zapewniający rozwój regionów przez który szlak będzie przebiegał.
Odcinek 137 Mariazell to nie tylko... wtorek, 08 maj 2012, 20:23
Wnętrze, jak to wnętrze. Kunszt artystyczny wielu wieków bije w oczy z każdego miejsca. Oczywiście najbogatszą jego odmianę widać w Gnadenkapelle, gdzie znajduje się cudowna figura. A wszystko to za sprawą zdobień Fischera von Erlach, którego dzieła mogłem oglądać dzień wcześniej w jednym z salzburskich kościołów.

Siedziałem w ławce nieruchomo chłonąc uduchowioną sztukę. Inni też siedzieli pochłonięci modlitwą. Rozmyślałem nad końcem... podróży. Już jutro o tej porze powinienem być w codziennej rzeczywistości wielkiego miasta i wkomponowywać się w nią.

Nie... jutro niedziela. Jeszcze jeden dzień przeznaczony na odpoczynek. Siedziałem i modliłem się o dobrą pogodę, bo w moim biznesie dobra pogoda to podstawa. Bez niej ani rusz.

W pewnej chwili całe me ciało zaczął ogarniać chłód. Czemu się tu dziwić – we wnętrzu kościoła temperatura powietrza... orzeźwiająca, a dla kogoś ubranego w krótkie spodenki i koszulkę raczej przykra. Ponieważ ja tak byłem ubrany, wyszedłem na zewnątrz.

Dopiero teraz dostrzegłem wszystko to co jest charakterystyczne dla miejsc pielgrzymkowych, a o czym niechętnie się pisze. Stragany z dewocjonaliami i niewielkie sklepiki z podobnym asortymentem. Obok misternych dzieł sztuki, na które niewiele osób może sobie pozwolić dominował plastikowy, kolorowy kicz. Obrazki, medaliony, wizerunki, krzyże i krzyżyki, różańce, świece – wszystko to dla pielgrzyma pragnącego mieć coś na pamiątkę ze ,,świętego’’ miejsca. Troszkę dalej bary dla mniej zamożnych i restauracje dla tych zasobniejszych. Dla osób pragnących tu pozostać trochę dłużej otwierają swe podwoje pensjonaty i hotele. Myślę, że mają się one dobrze, gdyż Mariazell ma od zaoferowania turystom coś więcej. A już wiele wieków wcześniej, gdy stały w miasteczku 73 domy, to towarzyszyło im około 20 straganów.
Odcinek 136 Mariazell - dla cudownej figury poniedziałek, 07 maj 2012, 16:32
Dlaczego przybywają do tej miejscowości rzesze pielgrzymów.

Dla górzystego krajobrazu?

Dla malowniczo rozmieszczonej zabudowy?

Dla kościoła?

Żadna z tych odpowiedzi nie jest prawidłowa.

To co ściąga tu całe rzesze ludzi – to maleńka, drewniana figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem na kolanach. Mały Jezus w dłoni trzyma jabłko, a Maryja podaje mu gruszkę. Nie sposób to zobaczyć, ponieważ obie postaci odziane są w sukienkę. Ten posążek możemy obejrzeć przez bogato zdobioną kratę w Kaplicy Cudów.

Zjeżdżają tu pielgrzymi z całej Europy Środowej bo święcie wierzą w uzdrawiającą moc figury. Nie tylko współcześni wierzą w jej moc. Bowiem już w 1377 roku wierzono, że to dzięki Matce Boskiej udało się Węgrom pokonać Turków. Równiej tej figurze przypisywał swe zwycięstwo Jan III Sobieski swe zwycięstwo pod Wiedniem.

W zasadzie wszystkie osoby z mojego autobusu wspinały się niezbyt stromą uliczką w kierunku kościoła. Dla mnie nie tyle sama figura była ciekawa, co pewna różnorodność architektoniczna. Pierwotnie kościół ten był budowlą romańską – ciemną i przysadzistą. Jednakże za sprawą obowiązującej mody w XIV wieku nadano mu charakter gotycki o czym może świadczyć środkowa wieża. Natomiast w wieku XVII dokonano rzeczy niebywałej. Kościół przekształcono w świątynię barokową dobudowując do niej dwie charakterystyczne dla tego okresu wieże boczne z cebulastymi hełmami. Środkowa pozostała nienaruszona.

Mimo nieletniej pory roku, słońce dopiekało. Nawet na moim dosyć młodym czole skrytym pod rondem kapelusza, pojawiły się kropelki potu. Dlatego z wielką ulgą przywitałem chłód świątyni.
Odcinek 135 Kierunek Styria niedziela, 06 maj 2012, 22:25
Z pewnym smutkiem opuszczałem hotel, zamykałem za sobą drzwi do pokoju z pięknym widokiem. Taszczyłem swoją walizę, na ramieniu dyndała torba z Prkticą LTL-ką, a na głowie miałem zawadiacki kapelusz, który przejechał ze mną rok wcześniej cały Półwysep Apeniński.

Już czas, najwyższy czas opuścić miejsce jak z bajki. Usadowiłem się obok Pani Brygidki i nagle zdałem sobie sprawę z przemijalności chwil. Czyste powietrze, jeszcze czystsze jeziora, potężne góry – to wszystko pozostawało w tyle. Wielki kraj związkowy, który był niegdyś samodzielny księstwem biskupim powoli opuszczałem. Kraj, którego historia sięga czasów sprzed naszej ery, kraj kultury halsztackiej, czyli solnej pozostawał. I właśnie tego fragmentu gospodarczo-kulturalnego nie poznałem. Nie zobaczyłem ani jednej żupy solnej, ani jednego miejsca związanego z przemysłem wydobywczym białego złota. Bo sól kiedyś była prawdziwym złotem, której używali jedynie książęta i królowie. Niegdyś białe złote, dzisiaj biała śmierć – wszystko to zmieniło się, gdy zmieniły się sposoby pozyskiwania tego związku.

Opuszczałem ten kraj. Niepostrzeżenie autobus wjeżdżał w Styrię. Niby wiele za oknem się nie zmieniło. Góry nadal były górami tylko niższymi. Coraz mniej straszyły urokliwe skały. Tutejsze grzbiety okrywały się zieloną leśną czupryną. Smutek ogarniał mnie większy z każdą chwilą.

Nie pomagała nawet świadomość, że oto zmierzamy do najważniejszego miejsca naszej pielgrzymki. Tym celem było Mariazell – jedno z najważniejszych sanktuariów maryjnych Austrii.
Za chwilę wysiadaliśmy z autokaru na wielkim parkingu otoczonym zewsząd łagodnymi grzbietami gór. Na twarzach niektórych pielgrzymów dostrzegłem łzy wzruszenia. Nie potrafiłem ich zrozumieć.
Odcinek 134 Jak nas widzą, tak o nas piszą wtorek, 01 maj 2012, 11:36
Powróciłem do hotelu na ostatnie śniadanie typu kontynentalnego. Co to w praktyce oznacza – w zasadzie wszystko co dostaje się do jedzenia jest ograniczone ilościowo. Mało pieczywa, mało omasty, a za napoje często trzeba płacić. W hotelu POST było podobnie, wszystkiego było mało, jedynie masła pod ostatkiem. Za napoje nie trzeba było płacić, po prostu w pewnym momencie brakowało bawarki, czy herbaty w wielkich termosach.

Ja radziłem sobie, kupując zawsze bułki przed śniadaniem. Ale nie wszyscy potrafili zachować się w miarę elegancko. I ten brak odpowiedniego zachowania nieco bulwersował restauracyjną obsługę. Bo jak ma nie bulwersować ładowanie masła nożami, łyżeczkami do słoików, czy plastikowych pudełek?

Te nieeleganckie zachowanie się niektórych pielgrzymów denerwowało nieco księdza. Obawiał się, że oto kolejne miejsce zamyka swe podwoje przed polskimi turystami. Jak mi szepnął na ucho, rok wcześniej stracił tanie miejsca hotelowe w Bawarii. A dlaczego, bo pielgrzymi wynosili co się dało z łazienek hotelowych. Pal tam licho mydełka, czy szamponiki. Ale turyści wywozili ze sobą na pamiątkę ręczniki kąpielowe.

W sumie takie zachowanie nikogo wśród obsługi hotelowej nie dziwi. Oczywiście – nie dziwi – jeżeli sprawa dotyczy zwyczajnych turystów. Lecz katolicki naród austriacki ma troszkę inne oczekiwania wobec grupy podróżującej z ramienia jakiejś organizacji religijnej, która opiera się na dziesięciu przykazaniach.

Ksiądz liczył na wyrozumiałość właścicieli hotelu. Ze sposobu pożegnania można sądzić, że obsługa wybaczyła naszej grupie te masełkobranie. Ale czy z całą pewności?
Odcinek 133 Spostrzeżenia przed odjazdem poniedziałek, 30 kwiecień 2012, 09:00
Tego dnia wyjeżdżaliśmy w trasę dosyć późno, czyli przed końcem doby hotelowej. Mieliśmy wyjechać i już nigdy w tym składzie nie powrócić do jednej z miejscowości położonej na Słonecznych Tarasach. Program na dzień dzisiejszy przewidywał jeden punk. A punkt ten mieści się w Styrii – kraju związkowym Austrii, w którym liczba ludności odpowiada w przybliżeniu liczbie mieszkańców Warszawy.

Czasu niby miałem dużo. Zastanawiałem się nad jakimś dłuższym spacerem, ale obawiałem się jakiegoś zdarzenia losowego, które mogłoby mi uniemożliwić planowy odjazd z moją grupą.

Ze stoickim spokojem mogłem się oddać konsumpcji życia w Schwarzach. Dopiero dziś odkryłem, że mimo pewnej urokliwości miasto to rządzi się swoimi miejskim prawami. Ludzie się śpieszyli, sklepy tętniły życiem, a okoliczne restauracje świeciły pustkami. Ponieważ była to pora przedśniadaniowa pozwoliłem sobie na zakup bułeczek w piekarni, do której zaglądałem każdego ranka. Choć byłem w niej dopiero kilka razy sprzedawca już traktował mnie jak dobrego znajomego.

- Grüss Gott – z jego ust tego dania nabierało szczególnego znaczenia. Być może ostatni raz w tej podróży słyszę ten powitalny zwrot zastępujące popularne Guten Tag w innych regionach Austrii i Niemiec.

Ruszyłem z ciepłymi bułeczkami w papierowej torbie przed siebie. Aż zaszedłem przed remizę strażacką. To co ujrzałem obudziło w mej jaźni wspomnienia z czasów szkół średnich i obozów harcerskich. Apel. W dwuszeregu stały zastępy ludzi w czerwonych uniformach, wyróżniała się tam grupa w białych strojach i czerwonych bezrękawnikach. Ratownicy medyczni razem ze strażakami stali karnie wysłuchując apelu. Czy u nas coś takiego jest możliwe? Wśród strażaków pewnie tak, ale wśród ratowników raczej nie.

Choć sam w pewnych sprawach jestem lekkoduchem, to akurat w ratownictwie jestem za dyscypliną i standaryzacją. Swego czasu próbowałem do swoich poglądów przekonać ratowniczki i ratowników. Bezskutecznie. Dlaczego o tym piszę – bo wiele lat życia poświęciłem ratownictwu medycznemu. Już nie poświęcam, bo jak długo można być Don Kichotem?
Spoglądałem na te apelowe misterium z pewnym rozczuleniem. Po apelu i zdaniu raportów panowie w mundurach rozeszli się do swoich zajęć. Ja też się rozszedłem.
Odcinek 132 Smutna pielgrzymkowa refleksja niedziela, 29 kwiecień 2012, 20:54
Ale zanim to nastąpiła dotarła do mnie wiadomość. Dla pewnych osób zwykła, dla mnie w pewnym sensie niezwykła. Dla mojej osoby oczywistym był widok grzbietu Heukareck rozciągający się za oknem, równie oczywistym był widok dachów Schwarzach i malowniczych uliczek pomiędzy nimi. Równie oczywisty był wystrój pokoju w którym zamieszkałem z Doktorostwem. Balkon, telefon, telewizja to duperelki przy wspaniałej łazience w której rezydowałem przez pewien czas po każdym męczącym dniu.

Dla wielu pielgrzymów z naszej wycieczki ta rzeczywistość wyglądał zupełnie inaczej. Pokój czteroosobowy z piętrowymi łóżkami odpowiadający standardom siermiężnych schronisk górskich. Do tego jakże bajeczny widok na podwórze i kubły z odpadami.

Oto świat, który przez przypadek dostrzegła piękniejsza cześć Doktorostwa. I nakazała milczeć.

Oto dwa różne światy, za te same pieniądze. Czy aby na pewno?

Boleśnie do mej świadomości docierało, że to nie przypadek. Pielgrzymi niby tacy sami, ale czy Doktorostwu należy się to samo, co reszcie, czy to Doktorostwo nie zasługuje na lepszy standard. A ja przypadkowo jako samotny turysta zostałem przez nich przygarnięty. Powinienem być wdzięczny i byłem.

Ale zrodziło się w mym sercu coś smutnego, jakaś taka refleksja niespokojna. Zrodziła się i trwała, a może nawet trwa do dnia dzisiejszego. Na tych samych warunkach. Byliśmy równi i równiejsi. Ja przypadkiem.

Milczałem. To milczenie było dosyć łatwe, ponieważ przed nami został tylko jeden dzień podróży.

Zasypiałem zasępiony. Nie wyspałem się tej nocy.
Odcinek 231 Przerwa w podróży sobota, 28 kwiecień 2012, 07:46
Można pokusić się o stwierdzenie – podróż mijała płynnie. Do czasu.

Bo czasem w płynnej podróży przeszkadza złośliwość przedmiotów martwych, czy natury ożywionej. Nam przeszkodził ten pierwszy czynnik. Czy to zmęczenie materiału, czy też jego wadliwość spowodowała brak płynności w jeździe. Normalnie autobus jedzie miękko, lekko falując wrażliwe osoby przyprawiając o mdłości. Nasz w pewnym momencie przestał falować. Falowanie zamieniło się w stuki, tak jakbyśmy jechali na felgach. Odczucie było trafne i spostrzeżenie też. Złapaliśmy kapcia. A to oznaczało jedno – przerwę w podróży.

Na szczęście dotarliśmy do jakiejś zatoczki. My jako uczestnicy wycieczki mieliśmy okazję rozprostować kości. Kierowca za to musiał się trochę nagimnastykować. Wymiana koła w autobusie nie należy do rzeczy łatwych, ani przyjemnych – to wiedziałem nawet ja nie mający doświadczenia motoryzacyjnego. Kierowca się pocił. Przewodnik swoim zwyczajem mu dogadywał. A ksiądz pilnował by nie doszło do rozlewu krwi. Góral i kierowca w jednej osobie dysponował wszystkim tym, co mogło z jednej strony doprowadzić do wymiany koła, z drugiej do wyeliminowania przewodnika z dalszej zabawy.



A my? Jedni siadali na poboczu, inni spacerowali, jeszcze inni dyskutowali nad zaistniałą sytuacją. Gdzieś na tym parkingu odkryliśmy też kran z wodą. I choć tablica przy kokotku wyraźnie informowała napisem i piktogramem o jej niezdatności do picia – to niektórzy nie przejmowali się tym zakazem i ochoczo chłeptali wodę lecącą z mosiężnego kranu. W Polsce kran wykonany z tak szlachetnego stopu nie miał prawa bytu, a tu był i służył spragnionym. Gdy ktoś pochylał się pijąc, to ktoś inny podtykał pod strumień wody swoje obolałe stopy. Wyczucie stylu i smaku i pewna groteska, której nie zdążyłem uchwycić w kadrze. Mogłem się tylko uśmiechnąć pod nosem.

W międzyczasie autobus nabierał zdatności do dalszej jazdy.

Sam byłem zmęczony tym dniem. Hohenwerfen tym razem mijałem bez większych emocji. Miałem jedno marzenie – wyciągnąć się w łóżku.
Odcinek 230 Ostatnie spojrzenie na ten uroczy zakątek piątek, 27 kwiecień 2012, 17:38
Korzystając z chwili, poszedłem coś zjeść i czegoś się napić. A jak się wybiera na miejsce spożycia BIERGARTEN, to trudno pić w takim miejscu herbatę lub kawę. Zamówiłem potężny kufel złocistego trunku. A co raz się żyje, tym bardziej, że to przedostatni dzień pobytu wśród alpejskiej przyrody.



Oprócz piwka, na stole wylądowała pieczona kiełbasa z musztardą, czyli pewien standard żywieniowy. Piszę standard, bo jakoś na innych stolikach nie dostrzegałem odmienności.

Oj przepraszam. Dostrzegłem gościa zajadającego tłustą golonkę. Wyglądał z nią tak, jakby nic innego nie jadał. Tłuszcz lał się mu po tłustej brodzie, po tłustych paluchach rąk. Aż się wzdrygnąłem. Czegoś takiego nigdy nie wziąłbym do ust. Lecz ludzie mają róże gusta.

Nadjechał autobus, a że nasz. Nie trudno było się domyślić. Na jego burcie pysznił się zielony napis BIURO PODRÓŻY. Nie wszyscy , którzy pozostali na brzegu, gdy odpływałem na pokładzie łodzi, pojechali na zakupy. Część wybrała inną rozrywkę. Kolejką gondolową wjechali na szczyt Jener. Z wysokości 1871 metrów mieli ponoć przecudny widok na samo jezioro, położone poniżej Berchtesgaden, Hohen Göll i inne otaczające pasma.

Znów rozpocząłem wartościowanie. Co było lepsze? W tym wartościowaniu zwyciężyła Bortholomä. Kolejką górską w tej podróży już wjeżdżałem, co prawda w innej części Alp.

Z niejakim żalem opuszczaliśmy ten zakątek z 240 kilometrami szlaków pieszych , ten jedyny wysokogórski park narodowy Niemiec. Z okien autokaru mogłem oglądać przepięknie malowane fasady domów, zdobione belki i balustrady balkonów. A wszystko to obwieszone geranium. Musieliśmy nieco cofnąc się w kierunku Salzburga, by ominąć masyw Hagengebirge. Innej drogi dla czterokołowców nie ma. A potem tradycyjnie już wzdłuż Salzachu kierowaliśmy się na Schwarzach.
Odcinek 229 Bortholomski wieczór poniedziałek, 23 kwiecień 2012, 09:20
Nadchodził wieczór, słońce powoli kładło się za poszarpanym górzystym horyzontem. Świat zaczynał nabierać innych barw. Ginęła gdzieś soczystość zieleni, złotej poświaty prawie nie było. Wszystko stawało się szare i bure i dzięki temu zabarwieniu góry wokół stawały się jakby mniej przyjazne. Tylko jęzory lodu i śniegu odcinały się od tej szarości. Zalesiony przeciwległy brzeg też się odbarwiał. Woda i zbocza zaczynały zlewać się w jedno.



Płynęliśmy do osady Königsee, czyli tam skąd do niedawno wyruszyliśmy na tą przejażdżkę. Płynęliśmy, ale nie tak płynnie jak wcześniej. A wszystko to za sprawą turystów schodzących ze szlaków. Stali na odsłoniętej polance w pobliżu lustra wody pod niewielkim zadaszeniem. Załadowali się ze swoimi plecakami i płynęliśmy dalej. Trochę się dziwiłem. Zdziwienie to zauważył przewodnik:

- Nie ma się czemu dziwić. Tak się tu praktykuje. Turyści wędrujący po licznych szlakach, wiedzą, że o określonej godzinie statek zabiera ludzi z wybranych punktów i czekają. Nie ma w tym nic niezwykłego. Po prostu tak jest w Niemczech. Nawet w górach jest porządek i obowiązują pewne harmonogramy.

No tak, tak jest w Niemczech.

Steczek dobijał do brzegu, brzegu jeszcze skąpanym w ciepłych barwach zachodzącego słońca. Gdy wysiedliśmy, odpłynął w kierunku swojego hangaru. Znaczy się, był to jego ostatni kurs.

Czekaliśmy na resztę pielgrzymów, których autobus zabrał na zakupy.
Odcinek 228 Watzmann niedziela, 22 kwiecień 2012, 10:29
Wspaniałe miejsce dla osób szukających ukojenia w otaczającej przyrodzie i dla wszystkich tych, którym górskie piękno nie jest obojętne.

Przechadzałem się po tym niewielkim skrawku ziemi. Dałem się nawet skusić okolicznym straganiarkom. Może pod wpływem chwili i brzmiącej w podświadomości melodii trąbki kupiłem płytę ,,Echo aus Königsee’’ i bawarski dzwonek – dokładnie taki jaki na swych szyjach noszą tutejsze krowy.

A potem skupiłem swą uwagę na Watzmannie – bohaterskiej górze, która stała się kanwą niejednej bawarskiej, czy tyrolskiej melodii.

I tak jak my wierzymy, że Giewont to postać śpiącego rycerza, tak tutejsza ludność święcie wierzy, że w górze tej jest zaklęty okrutny Watzmann. Z żoną oraz siódemką dzieci przemieniony w kamień, dziś spogląda na kraj Berchtesgaden. Ten mityczny władca z rodziną został ukarany za swoje okrucieństwo wobec ludzi i zwierząt.

Do najtrudniejszych należy ściana wschodnia góry o wysokości ponad 2000 metrów. Pierwszy raz udało się ją zdobyć w 1890 roku. Niestety na ścianie tej oddało swoje życie już blisko 100 osób. Będąc tu i spoglądając na jeden ze szczytów masywu należy mieć świadomość iż jest to drugie co do wysokości wzniesienie Niemiec. 2713 metrów robi wrażenie z pewnością na tych, którzy obcowali tylko z Tatrami, ale dla bywalców Alp, nie jest to wysokość znaczna?

Za to na przeciwległym brzegu malował się masyw Hagengebirge, dokładnie ten sam, na którym dostrzegłem hale z pasącym się bydłem. To pasmo będące wschodnią granicą Königsee stanowi zarazem pasmo graniczne pomiędzy Niemcami, a Austrią. A z czego słynie – głównie z jaskiń. Ale jaskinie dla mnie to zupełna bajka.

Gdy tak rozglądałem się wokół gdzieś tam z południa nadpływał elektryczny statek. Nieomylny znak końca pobytu na cyplu Bortholomä.
Odcinek 227 Bortholoma sobota, 21 kwiecień 2012, 14:19
Dziób łodzi wyraźnie kierował się ku miejscu płaskiemu. W zasadzie tylko tam statek mógł spokojnie zacumować do brzegu. Bowiem w każdym innym miejscu zbocza pod kątem 50, czasem i 90 stopni stykały się z wodną taflą.



Tu następował kres naszej wędrówki. Nie oznacza to oczywiście, że stateczek pozostawał w przystani. Po wyrzuceniu jednych pasażerów i zabraniu innych popłynął dalej w kierunku gdzie majaczyły zbocza Steinernes Meer.

A my ujrzeliśmy kościółek z charakterystycznymi dla Bawarii kopulastymi wieżyczkami. W tym niegościnnym krajobrazie prezentował się cukierkowo. Do tego jego bryła jest tak charakterystyczna, że nie sposób go pomylić z innym kościołem. Chociaż nasz pilot i przewodnik w jednej osobie doszukiwał się w nim podobieństwa do salzburskiej katedry. W którym miejscu? Nie wiem.
Już po chwili uświadomiło mnie samo Doktorostwo:

- Podobieństwo widać dopiero we wnętrzu kościoła.

Widać jak bardzo nie uważałem w Salzburgu.

Po wejściu do środka, dostrzegłem piękne barokowe wnętrze, ale dosyć ubogie jak na ten styl. Już znacznie bardziej odpowiadał mi zarys zewnętrzny tej sakralnej budowli na tle majestatycznej wschodniej ściany Watzmanna.

Kościół ten jest dosyć stary bo pochodzi z XII wieku wybudowany na miejscu pogańskiego kultu. Początkowo był poświęcony Marii i św. Trójcy, dopiero później św. Bartłomiejowi.

I choć świątynia jest tą budowlą najważniejszą do której ściągają pielgrzymi, liczne zwłaszcza 24 sierpnia, nie jest jedyną wartą uwagi. Tuż obok jakby przyrośnięty do niej tkwi zameczek myśliwski. Dzisiaj oczywiście nie spełnia swej pierwotnej roli, ale ugości każdego pielgrzyma mającego pieniądze.

Jak powiedział nam ksiądz:

- Warto przyjechać w to urocze miejsce w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Wówczas na pasterkę w tutejszym kościółku zmierzają okoliczni mieszkańcy, a na brzegu są witani melodiami wygrywanymi na tradycyjnych bawarskich instrumentach oraz szklaneczką grzanego wina.

Rozmarzyłem się
.

Odcinek 226 Echo piątek, 20 kwiecień 2012, 07:41
Statek płynął powolutku rozgarniając delikatnie taflę jeziora. Przy głębszym wychyleniu się poza burtę, cały czas widziałem dno obsiane kamieniami. W tej czystości o przejrzystości próbowałem dostrzec coś co pływa i wykazuje odrobinę własnego życia. Daremnie.



Wrażenie było takie, jakby dno znajdowało się zaledwie metr, czy dwa pod łodzią. Przewodnik zwrócił uwagę, że to tylko złudzenie. W wielu miejscach dno jest osiągalne po kilkudziesięciu metrach, a w porywach wodna toń sięga 190 metrów. Ta liczba zrobiła na mnie wrażenie. Przewodnik przekazał nam jeszcze jedną cenną informację – woda w tym jeziorze jest zdatna do picia bez przegotowania. Wierzyłem mu, ale nie skorzystałem z zaproszenia.

I gdy tak beztrosko sobie płynęliśmy, nagle wszystko zamilkło. W zasadzie ucichł silnik pchający nas do przodu. Woda nieznacznie falowało, gdzieś tam daleko siurczył wodospad, ale odgłosy spadającej wody nie dochodziły do moich uszu. Cisza absolutna. Nie było słychać nic. Umilkli pasażerowie. Żadnego plusku, żadnego szumu, żadnego dźwięku ptactwa. Urzekająca martwota.

I gdy zastygłem w tym oczekiwaniu, nagle rozsunął się właz na dachu kabiny i poza obrys łodzi wysunęła się postać ludzka. Postać ta uzbrojona w trąbkę zwróciła się w kierunku monolitu skalnego o wysokości 2000 metrów i wydobyła z instrumentu piękną melodyczną frazę. Po chwili fraza ta w całości wróciła do naszych uszu. To było niesamowite. Echo. Cała fraza wytrąbiona przez muzyka powróciła. Nie powróciło do nas jakieś niechlujne echo zabierające fragmenty melodii odarte z piękna ciągu dźwięków.

Jeszcze kilkakrotnie trębacz wysyłał dźwięki w świat, a te odbite od skał Watzmanna powracały w oryginale.

Wszyscy siedzieli jak oniemiali. Nie było słychać żadnego szelestu, trzasku, zgrzytu. Nawet oddechy zamierały. Tego się nie da do końca opisać, to należy samemu przeżyć.

Po kilku minutach znów cichy szum elektrycznego silnika pchał nas ku przeznaczeniu.

<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Tu bywam:

 
PORTFOLIO

PANORAMINO
FACEBOOK


Linki aktywne - kliknięcie w każde podkreślone słowo przeniesie cię do wybranego miejsca opisanego przeze mnie.

FUSINA -
WENECJA
POMPOSA
RAWENNA  MIRABILANIDA
WATYKAN - spotkanie z karolem Wojtyłą, BAZYLIK A ŚW. PIOTRA, MUZEA WATYKAŃSKIE
Rzym - PANTEON, ANIELSKI ZAMEK, PIAZZA NAVONA I DI TREVI, HISZPAŃSKIE SCHODY - KAPITOL, COLOSEUM - LATERAN,
SANT' ALESIO SICULO - WIECZÓR ARTYSTYCZNY, WIECZÓR ROMANTYCZNY, PORANEK ARTYSTYCZNY, TRAGEDIA JOŃSKA, SMAKI, ULICZKI, ŚWIĘTO WNMP
SANTA TERESA -
ROCCALUMERA 
ETNA - TROCHĘ HISTORII, WRAŻENIA
TAORMINA -
FORZA DE AGRO ZAMEK, DWA OBLICZA MIASTA, MIASTO UMARŁE,
SYRAKUZY - KATERDA I NEAPOLIS, LATOMIA DEL PARADISO, SANKTUARIUM M.B. PŁACZĄCEJ
POMPEJE - MIASTO KTÓREGO NIE MA, ORGANIZACJA MIASTA
WEZUWIUSZ - MONTE SOMA
POZZUOLI
SOLFATARA - WULKAN
MONTE CASSINO - WZGÓRZE 593
ASYŻ - ŚW. FRNACISZEK, ROCCA MAGGIORE
SAN MARINO -MONTE TITANO, UROKI MIASTA
WERONA -
PADWA - PRATO DELLA VALLE, BAZYLIKA SW. ANTONIEGO, UNIWERSYTET
GRANICE PRL-u - paszport i bilet,
rok 1998 - ,,rodzinne'' strony
DELMENHORST - oto jestem, PRIVAT, LEON GAIDA, HISTORYCZNOŚCI,
Mönchengladbach - SZALONY KEFIRNY KEFIR
BREMA - Altstadt, RATUSZ,
rok1998/99 - spotkanie młodych
WENECJA - PONTE DEGLA SCALSEZI, PLAC ŚW. MARKA, SANTA MARIA DELLA SALUTE
PADWA - LA SPECOLA,
MEDIOLAN - FIERA, DUOMO, GALERIA VITORIO EMANUELE II, SAN SIRO
VARESE -
COMO - SANTA MARIA MAGGIORE,
PRETTENEGG - POŻAR, OLDTIMER, RMF FM, DOLINA LAVENTTAL,
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
4319
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
234
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
5
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Zobacz serwisy INTERIA.PL